Logowanie






Hasło?
Konto? Zarejestruj się!
FireBoard
Witamy, Gość
Proszę Login albo Zarejestruj.    Zapomniałeś hasło?
dom mody suknie PART V (1 wejść) (1) Gości
Idź na dół Odpowiedz Ulubione: 0
TEMAT: dom mody suknie PART V
#646
Pijus X (Gość)
Kliknij, aby zobaczyć profil tego użytkownika
Data urodzin:
dom mody suknie PART V  
Ta nowa przeszkoda natychmiast wzbudza ich niepokój. Kazdy kontakt ze spolecznoscia izraelska, a zwlaszcza z administracja, jest dla nich problemem.   a.. Musze was zawiezc samochodem do Jerozolimy, pana i pania, bo trzeba podpisac papiery.   b.. Ale my nie umiemy pisac! - Nic nie szkodzi, wystarczy odcisk palca... - Dobrze, pojedziemy tam z pania. Tym razem musze przygotowac do sprawy administracje, zanim przywioze tam rodziców. Na szczescie znam sporo ludzi w wydziale wizowym w Jerozolimie. Tam moge przedstawic cala sprawe, a urzednicy wiedza, co robie dla dzieci. Teraz zreszta tez chce ocalic dziecko. Souad powiedziala mi, ze ma siedemnascie lat, ale to nie­wazne, jest jeszcze dzieckiem. W Jerozolimie tlumacze urzednikom, ze przywioze do nich rodziców pewnej Palestynki, bardzo ciezko cho­rej . Nie mozna kazac im czekac trzech godzin, bo moga zrezygnowac i niczego nie podpisza. Ci ludzie sa niepismienni i potrzebuja mojej pomocy w zalatwieniu wszystkich formalnosci. Przywioze tu ich wraz z metryka urodzenia, jesli w ogóle takowa istnieje, a administracja ma tylko potwierdzic wiek ich córki na specjalnej przepus5|e. Dodaje, ze to nie jedyna sprawa, bo dziewczyna wyjedzie razem ze swoim dziec­kiem. Chociaz jeszcze nie wiem, gdzie jest to dziecko ani jak mam je znalezc. Ale teraz nie ma co zaprzatac sobie tym glowy, trzeba to zalatwic po kolei. Moim najwazniejszym problemem jest zmuszenie do dziala­nia rodziców Souad i zapewnienie jej choc podstawowego leczenia. Jak bylo do przewidzenia, izraelski urzednik pyta:   a.. Ale znasz nazwisko ojca dziecka?   b.. - Nie, nie znam j ego nazwiska.   c.. To napiszemy mu: nieslubne? Zlosci mnie podobna deklaracja na papierze. - Nie, nie napiszemy, ze jest nieslubne! Jego matka wyjezdza za granice, a tam historie, czy slubne, czy nieslubne, nie maja zna­czenia! Ten rodzaj przepustki dla Souad i jej dziecka to nie paszport, tyl­ko zwykle pozwolenie na opuszczenie terytorium palestynskiego i wyjazd za granice. Souad juz nigdy wiecej tu nie wróci. To znaczy, ze wirtualnie nie bedzie zadnego sladu jej istnienia w rodzinnym kra­ju. Mala, spalona dziewczyna wymazana zostanie z ewidencji. Duch. Fantom. - Przygotujcie mi dwie przepustki, jedna dla matki, druga dla dziecka.   a.. Gdzie jest to dziecko?   b.. Znajde je. Czas mija, ale po uplywie mniej wiecej godziny administracja izra­elska zapala przede mna zielone swiatlo. I juz nastepnego dnia jade po rodziców, tym razem sama, jak dorosla osoba. W milczeniu wsiadaja do samochodu, takie dwie maski, i oto jestesmy w Jerozolimie w biu­rze wizowym. Dla nich jest to wrogie terytorium, zazwyczaj traktuje sie ich tu gorzej niz zwierzeta. Siedze obok nich i czekam. Dla Izraelczyków jestem pewnym ro­dzajem gwarancji, ze ci ludzie nie przyszli tu z bomba. Bardzo dobrze mnie tu znaja, od kiedy zaczelam pracowac w srodowiskach palestyn­skich i izraelskich. W pewnej chwili urzednik, który wydaje papiery, daje mi reka znac, zebym podeszla:   a.. Wedlug aktu urodzenia ona ma dziewietnascie lat! A mówilas, ze ma siedemnascie!   b.. Nie bedziemy teraz o tym dyskutowac, nie zawracaj sobie tym glowy, czy ma siedemnascie, czy dziewietnascie lat...   c.. Ale dlaczego jej tu nie przywiozlas? Ona takze musi to podpisac!   d.. Nie przywiozlam jej, bo jest umierajaca, w szpitalu.   e.. A dziecko?   f.. Posluchaj, odpusc sobie. Teraz dasz mi przepustke dla dziewczy­ny, w obecnosci jej rodziców, oni to podpisza, a co sie tyczy dziecka, przywioze wam wszystkie dane i potem go poszukam. Jesli nie ma podejrzen o zagrozenie terytorium kraju, urzednicy izraelscy sa bardzo chetni do wspólpracy. Na samym poczatku mojej dzialalnosci w organizacjach humanitarnych, kiedy zadania wiodly mnie na terytoria okupowane, najpierw wezwali mnie do siebie na cos w rodzaju przesluchania. Potem musialam sie nauczyc, jak sobie z ni­mi radzic. Kiedy zrozumieli, ze zajmuje sie takze zydowskimi dziec­mi, powaznie uposledzonymi z powodu malzenstw osób bardzo bli­sko ze soba spokrewnionych, co zdarza sie w pewnych srodowiskach, nasze stosunki od razu sie polepszyly. Na nieszczescie niektóre zydowskie dzieci pochodzace z rodzin fanatycznie religijnych, gdzie malzenstwa zawierane sa jedynie wsród bliskich kuzynów, rodza sie z glebokim mongolizmem lub innym uposledzeniem. Podobnie dzie­je sie wsród arabskich fanatyków religijnych. Moja praca w tamtych czasach dotyczyla glównie tego problemu, w obydwu spoleczno­sciach. Pozwolilo mi to zbudowac klimat pewnego zaufania, szcze­gólnie wsród urzedników. Biuro przepustek usytuowane jest za murami, niedaleko starego miasta Jerozolimy. Do samochodu wrócilam wiec pieszo z tym bez­cennym dokumentem i rodzicami. Przebrnelismy przez sam srodek izraelskich posterunków, pelnych uzbrojonych po zeby zolnierzy. Za­bralam tych ludzi z wioski, teraz ich tam odwioze. Malego mezczyzne o niebieskich oczach i rudych wlosach, w bialym kwefie, z laska i je­go ubrana na czarno zone, ze wzrokiem wbitym w dól sukienki. Miedzy ich wioska a Jerozolima jest mniej wiecej godzina drogi. Za pierwszym razem bardzo balam sie spotkania z nimi, robilam do­bra mine. Teraz juz sie ich nie balam, nie osadzalam ich, myslalam tylko: Biedni ludzie . Wszyscy jestesmy igraszka w rekach losu, oni, i my. Jechali ze mna w jedna i druga strone, nie odzywajac sie ani slo­wem. Troche sie obawiali, ze Izraelczycy beda im robic na miejscu ja­kies nieprzyjemnosci. Mówilam im, zeby niczego sie nie bali, ze wszystko pójdzie dobrze. Poza paroma waznymi informacjami, nie prowadzilam z nimi zadnej rozmowy. Nie widzialam pozostalych czlonków ich rodziny ani wnetrza domu. Kiedy na nich patrzylam, trudno bylo mi uwierzyc, ze chcieli zabic swoja córke. A jednak, jesli nawet egzekutorem wyroku byl szwagier, to przeciez oni sami o tym zadecydowali. Takie samo uczucie ogarnelo mnie o wiele pózniej po tym pierwszym doswiadczeniu, w zetknieciu z innymi rodzicami, któ­rych spotkalam w podobnych okolicznosciach. Nie umialam trakto­wac ich jak morderców. Ci nie plakali, ale widzialam takich, co pla­kali, bo sami byli wiezniami tego okrutnego zwyczaju: honorowego zabójstwa. Przed ich domem, jak zwykle zamknietym, chowajacym w srodku tajemnice i nieszczescie, wysiedli z samochodu, milczac, ja tez sie nie odezwalam. Juz wiecej sie nie zobaczylismy. Pozostalo mi jeszcze duzo do zrobienia. Najpierw musialam nawiazac kontakt z moim szefem . Edmond Kaiser jest zalozycielem Ziemi ludzi . Jeszcze z nim nie rozmawialam na temat mojego szalonego przedsiewziecia. Przed finalizacja - jesli moge tak to nazwac - calej sprawy powinnam zalatwic pewne formalnosci urzedowe. Skontaktowalam sie wiec z Edmondem Kaiserem, który do tej pory nigdy nie slyszal o tego ty­pu historiach. Opowiedzialam mu o wszystkim: Mam tu dziewczy­ne, która chciano spalic i która ma dziecko. Zamierzam przywiezc ja do nas, tylko nie wiem jeszcze, gdzie jest dziecko. Zgadzasz sie na to wszystko? - Oczywiscie, ze sie zgadzam. To caly on, Edmond Kaiser. Wspanialy czlowiek o niesamowitej intuicji. Stawiasz mu pytanie - odpowiedz jest natychmiastowa. Moz­na dojsc z nim do porozumienia nieomal bez slów. Spiesze sie, by wyrwac mala Souad z tej brudnej umieralni, gdzie cierpi niewyobrazalne meki, ale w której mialysmy szczescie, i ona, i ja, doswiadczyc nieocenionej pomocy doktora Hassana. Bóg jeden wie, czy bez jego dobroci i odwagi zdolalabym cokolwiek zdzialac. Postanowilismy oboje wyniesc ja noca, dyskretnie, na noszach. Ustalilam to z dyrektorem szpitala, tak ze nikt nie mógl jej zobaczyc. Nie wiem, czy uzgodnili, ze powiadomia personel o jej smierci, ale to bardzo prawdopodobne. Umiescilismy ja na tylnym siedzeniu samochodu, byla trzecia czy czwarta nad ranem, i pojechalysmy obie do innego szpitala. W tam­tych czasach nie bylo jeszcze wielu rogatek ze wzgledu na Intifade. Podrózujemy, kiedy noc zaczyna blednac, o swicie przybywamy do szpitala, gdzie wszystko jest juz przygotowane. Ordynator jest powia­domiony, poprosilam, zeby nie wypytywano Souad o jej rodzine, wio­ske czy rodziców. Szpital jest lepiej wyposazony, a przede wszystkim bardziej czy­sty. Ma zapewniona pomoc organizacji Kawalerów Maltanskich. Souad laduje w pokoju. Bede przychodzic do niej codziennie w oczekiwaniu na europejskie wizy i przede wszystkim bede szukac dziecka. Ona nie mówi o nim ani slowem. Wydaje sie, ze wystarczy jej swiadomosc, ze dziecko gdzies tam zyje, i ta jej obojetnosc jest abso­lutnie zrozumiala. Ból, ponizenie, zmartwienie, depresja: nie jest zdolna ani psychicznie, ani fizycznie zaakceptowac sie w roli matki. Nalezy pamietac, ze warunki, w jakich przebywaja nieslubne dzieci, pochodzace od matek uznanych za winne, wiec skazanych na smierc w imie honoru, sa takie, ze lepiej odseparowac je od tej spolecznosci. Gdybym mogla pozostawic to dziecko w dobrych rekach, nie skazu­jac go na odrzucenie - zrobilabym to. I dla dziecka, i dla matki bylo­by to najlepsze rozwiazanie. Ale niestety, tak sie tu nie stanie. Przez cale zycie dziecko bedzie zylo gdzies w sierocincu, z pietnem do­mniemanego wstydu i winy swojej matki, narazone na pogarde. Mu­sze wiec je stamtad wyciagnac, tak jak Souad. - Kiedy wyjezdzamy? Myslala tylko o wyjezdzie, pytala mnie o to podczas kazdej wizyty. - Kiedy bedziemy mialy wizy. Bedziemy je mialy, nie martw sie. Skarzy sie na pielegniarki, które zrywaja z niej opatrunki bez­wzglednymi ruchami, zaczyna wyc, gdy tylko sie zblizaja, czuje sie maltretowana. Zdaje sobie sprawe, ze warunki leczenia nie sa tu ide­alne, chociaz bardziej higieniczne niz w poprzednim szpitalu. Ale co moge na to poradzic, skoro wizy nie sa jeszcze gotowe? A dokumen­ty tego typu nigdy nie sa wystawiane dostatecznie szybko. W tym czasie podejmuje kroki w celu odszukania niemowlecia, angazuje w to takze przyjaciólki. Jedna z nich, ta, która opowiedziala mi o Souad, nawiazuje kontakt, dosyc ostrozny, z urzedniczka socjal­na. Ta okazuje sie jeszcze bardziej ostrozna i powsciagliwa. Przyja­ciólka opowiada mi, co udalo sie jej osiagnac: - Powiedziala mi, ze wie, gdzie ono jest. To chlopczyk, ale nie mozna go stamtad zabrac, to absolutnie niemozliwe. A poza tym, i ja sie z tym zgadzam, bedzie to dodatkowe obciazenie i dla ciebie, i dla jego matki! Pytam wiec o zdanie sama Souad:   a.. Jak sie nazywa twój syn?   b.. Nazywa sie Marouan.   c.. To ty dalas mu takie imie?   d.. Tak, ja. Lekarz mnie o to pytal. Souad ma momenty amnezji, a czasami przeblyski swiadomosci i trudno mi sie w tym wszystkim odnalezc. Zapomniala o straszliwych okolicznosciach swego porodu, zapomniala, ze powiedziano jej, iz urodzila syna, i na poczatku nie powiedziala mi jego imienia. A po­tem nagle: proste pytanie i natychmiastowa odpowiedz. Prowadze rozmowe w tym samym kierunku: - Co o tym sadzisz? Wiesz, ja mysle, ze nie wyjedziemy bez Marouana. Odszukam go, nie mozemy go tutaj zostawic... Patrzy w dól, nie moze inaczej, bo przeciez broda przykleila sie jej do piersi.   a.. Tak uwazasz?   a.. Tak, wlasnie tak uwazam. Ty stad wyjedziesz, bedziesz uratowa­na, ale warunki, w jakich przyjdzie zyc Marouanowi, beda dla niego prawdziwym pieklem. Juz zawsze bedzie synem dziwki, charmuty. Syn dziwki. Nie mó­wie jej tego, ale ona musi o tym wiedziec. Intonacja glosu w jej tak uwazasz? zupelnie mi wystarcza. To intonacja pozytywna. Szukam wiec tego dziecka. Odwiedzam na poczatku dwa lub trzy sierocince, usilujac zlokalizowac niemowle, które w chwili obecnej powinno miec okolo dwóch miesiecy i ma na imie Marouan. Ale ni­gdzie go nie ma, nie moge trafic na jego slad. Urzedniczka socjalna nie lubi dziewczat pokroju Souad. Jest Palestynka z dobrej rodziny, co nie przeszkadza w przestrzeganiu tradycji. Jednak bez niej mi sie nie uda. Wiec bez przerwy nalegam, w koncu, przede wszystkim ze wzgledu na moja jordanska przyjaciólke, wskazuje mi miejsce, gdzie chlopca umieszczono. W tamtych czasach bylo to raczej schronienie dla szczurów niz sierociniec. A wyrwanie go stamtad jest wyjatkowo skomplikowane. Dziecko jest wiezniem systemu, który go tam umiescil. Podejmuje odpowiednie dzialania, których meandry znajduja swój final po jakichs dwóch tygodniach. Spotykam posredników wszelkiej masci. Takich, którzy sa zwolennikami skazania tego dziecka na taki sam los, jaki spotkal jego matke, takich, którzy chetnie pozbyliby sie zwiazanym z nim klopotów i jeszcze jednej geby do wyzywienia. Nie­które z tych dzieci umieraja bez zadnego logicznego powodu. Spotykani wreszcie i takich, którzy maja serce i rozumieja moja determina­cje. Koniec konców znajduje sie z dwumiesiecznym niemowleciem w ramionach, ma malenka glówke, troszke gruszkowata, i niewielki garbek na czole w wyniku przedwczesnych narodzin. Ale jego stan jest dobry, co okazuje sie prawdziwym wyczynem z jego strony. Nie poznal ani inkubatora, ani nie zaznal zadnej czulosci. Pozostaly tylko drobne slady zóltaczki, klasycznej u noworodków. Balam sie, ze be­dzie z nim o wiele gorzej. Przeciez jego matka plonela jak pochodnia, kiedy on byl jeszcze w jej lonie, a urodzila go w koszmarnych warun­kach. Jest chudziutki, ale to nic. Przyglada mi sie okraglymi oczami, nie placze, jest spokojny. Kim ja jestem? Zorro? Glupia jestem, przeciez on nie wie, kto to jest Zorro... Wiem, jak postepowac z dziecmi cierpiacymi na niedozywienie. W tamtych czasach mamy ich okolo szescdziesieciorga w pewnej in­stytucji. Ale nie chce go tam zawozic, biore go do siebie, gdzie przy­gotowalam juz wszystko, co moze mu byc potrzebne. Podrózowalam juz z dziecmi dotknietymi ciezka choroba, zawozilam je na operacje do Europy. Na noc klade Marouana, wykapanego, ubranego i nakar­mionego, do wylozonego posciela koszyka. Mam juz wizy. Mam wszystko. Edmond Kaiser czeka na nas w Lozannie wraz z sekcja spe­cjalizujaca sie w groznych poparzeniach. Nazajutrz jest dzien wielkiego wyjazdu. Transport matki na no­szach na miedzynarodowe lotnisko w Tel Awiwie. Souad pozwala nam dzialac niczym mala dziewczynka. Strasznie cierpi, ale kiedy pytam ja: W porzadku? Nie za mocno cie boli? , odpowiada mi po prostu:   a.. Tak, boli mnie. - 1 nic wiecej.   b.. A gdybys sie troche odwrócila, nie byloby ci lepiej?   c.. Tak, teraz jest lepiej. Dziekuje. Ciagle: dziekuje . Dziekuje za fotel na kólkach na lotnisku, urza­dzenie, którego nie widziala nigdy w zyciu. Dziekuje za kawe ze slomka, zeby mogla ja wypic. Dziekuje za usadowienie jej w kacie na czas uprawomocnienia biletów. Poniewaz nosze ze soba dziecko, któ­re krepuje mi ruchy podczas zalatwiania formalnosci, co zawsze trwa jakis czas, mówie do Souad:   a.. Posluchaj, poloze ci malego na kolanach, nie ruszaj sie... Ma troche przerazone spojrzenie. Oparzenia nie pozwalaja jej wziac go w ramiona. Usiluje przyblizyc je do dziecka z obu stron, sztywna z niepokoju. Przezywa chwile strachu, kiedy powierzam jej dziecko. To dla niej ciezkie przezycie. - Zostan tu. Zaraz wracam. Jestem zmuszona wciagnac ja do pewnych dzialan przy naszej wy­prawie, nie moge popychac fotela na kólkach, trzymac dziecka i pod­chodzic do wszystkich stanowisk na lotnisku, gdzie mam pokazac mój paszport, wizy, przepustki i tlumaczyc, skad sie wzial mój dziwny ekwipunek . I to jest koszmar, poniewaz podrózni przechodza obok niej i poste­puja jak wszyscy ludzie wobec niemowlecia: Och, jaki piekny dzidzius! Ach, jaki jest slodki! Nawet nie patrza na matke, kompletnie zdeformowana, z glowa opuszczona nad dzieckiem. Ma opatrunki pod szpitalna koszula - zbyt trudno byloby ja ubrac w jedna z moich welnianych marynarek - jest przykryta cienkim kocem. Nie moze podniesc glowy, zeby powie­dziec dziekuje przechodniom i tylko ja wiem, w jaka panike wpra­wia ja to niemowle, którym sie tak zachwycaja. Odchodzac od niej, by zalatwic ostatnie formalnosci, mówie sobie, ze ta scena jest zupelnie surrealistyczna. Siedzi na fotelu, zdefor­mowana, z niemowleciem na kolanach. Przezyla pieklo, dziecko takze, a ludzie przechodza obok z usmiechem: Och, jaki piekny dzidzius! W momencie wsiadania do samolotu pojawia sie nastepny pro­blem: jak pomóc jej wsiasc. Wciagnelam juz po schodkach fotel na kólkach, ale teraz zupelnie nie wiem co dalej. Izraelczycy znalezli sposób. Przyprowadzili duzy dzwig i oto Souad unosi sie do góry w czyms w rodzaju kabiny zawieszonej na ramieniu tego dzwigu. Ka­bina wznosi sie powoli, dociera na wysokosc drzwi do samolotu i dwaj mezczyzni przenosza Souad na fotel. Wykupilam trzy miejsca z przodu, by ja polozyc, a stewardesy roz­wiesily wokól zaslone, aby oslonic ja od ciekawskich spojrzen pasa­zerów. Marouan znalazl sie w kolysce nalezacej do towarzystwa lot­niczego. Przed nami lot bezposrednio do Lozanny. Souad sie nie skarzy. Staram sie pomóc jej zmieniac pozycje, ale nic nie jest w stanie przyniesc jej ulgi. Tabletki przeciwbólowe nie na wiele sie zdaja. Jest troche pólprzytomna, czasem pograzona w pólsnie, ale pelna zaufania. Czeka. Nie moge jej nakarmic, podaje jej tyl­ko jakies napoje przez slomke. Zajmuje sie dzieckiem, przewijam je. Ona stara sie na nie nie patrzec. Cierpi z powodu tylu skomplikowanych rzeczy. Nie ma pojecia, co to znaczy Szwajcaria, kraj, do którego ja wioze na leczenie. Nigdy przedtem nie widziala samolotu, dzwigu, tylu róznych ludzi krzataja­cych sie po miedzynarodowym lotnisku. Wioze ze soba cos w rodza­ju malej, niepismiennej dzikuski, która do tej pory zdazyla poznac niewiele rzeczy, a wiekszosc z tego, co odkryla, bylo przerazajace. Wiem takze, ze jej cierpienia jeszcze dlugo sie nie skoncza. Uplynie duzo czasu, zanim ta dziewczyna, to utrzymujace sie przy zyciu , stanie sie znosnym zyciem . Nie wiem nawet, czy mozna ja opero­wac i czy przeszczepy sa jeszcze mozliwe. Potem wystapi problem z integracja z zachodnim swiatem, nauka jezyka i cala reszta. My doskonale wiemy, ze kiedy wyciagamy jakas ofiare, jak powiada Edmond Kaiser, bierzemy odpowiedzialnosc na cale zycie. Glowa Souad znajduje sie kolo okna. Nie sadze, by byla zdolna, w obecnym stanie, zastanowic sie nad tym wszystkim, co ja czeka. Ma tylko nadzieje, nie zdajac sobie do konca sprawy na co. - Widzisz to? To nazywamy chmurami. Spi. Niektórzy pasazerowie skarza sie na zapach, pomimo zaciag­nietych wokól niej zaslon. Od dnia, kiedy odnalazlam Souad w tej makabrycznej umieralni w szpitalu, minely dwa miesiace. Kazdy cen­tymetr jej skóry na klatce piersiowej zamienil sie w ogromna, ropieja­ca rane. Pasazerowie moga sobie krecic nosem i stroic do stewardes miny z obrzydzenia, jest mi wszystko jedno. Wioze ze soba spalona kobiete i jej synka, pewnego dnia dowiedza sie dlaczego. Dowiedza sie takze, ze takich kobiet jest wiecej, juz martwych lub umierajacych, we wszystkich tych krajach, gdzie prawo mezczyzn ustanowilo zbrod­nie honorowa. Tu, w Cisjordanii, ale takze w Jordanii, Turcji, Iranie, Iraku, w Jemenie, Indiach, Pakistanie, a nawet w Izraelu i w Europie. Dowiedza sie, ze nieliczne uratowane sa zmuszone ukrywac sie do konca zycia, aby ich mordercy nie mogli ich odnalezc, w najdalszych nawet zakatkach naszego globu. Bo zabójcy ciagle szukaja. Zwlaszcza gdy dowiedza sie, ze wiekszosc stowarzyszen humanitar­nych nie ma prawa zajmowac sie tymi kobietami, bo sa to przypadki indywidualne, kulturowe! I ze w niektórych krajach prawo chroni takich zbójców! Owe nie­szczesne kobiety nie wzbudzaja na tyle duzego zainteresowania, nie powstaja wielkie akcje jak w przypadku glodu, wojny, pomocy uchodzcom czy wielkich epidemii. Moge to zrozumiec i przyjac do wiadomosci. Kazdy spelnia swoja role na tym smutnym, ziemskim padole. A eksperyment, który wlasnie przeprowadzam, dobrze poka­zuje trudnosci i czas, jaki nalezy spedzic w danym kraju, by wslizgnac sie dyskretnie i powoli w jego obyczaje, zajac sie ocalalymi ofiarami zbrodni honorowej, pomóc im na wlasne ryzyko, i stanac w obliczu zagrozenia. Souad jest moja pierwsza ocalona tego typu, ale praca nie zosta­la zakonczona. Ocalic ja od smierci to jedna sprawa; inna - to pomóc jej dalej zyc. Szwajcaria Lezac w samolocie, moglam patrzec na jego ladna, mala, sniada buzie i biala czapeczke na glówce. Zupelnie stracilam poczucie czasu i mia­lam wrazenie, ze minely zaledwie trzy tygodnie, podczas gdy Marouan mial juz dwa miesiace. Jacqueline powiedziala mi, ze przyjechaly­smy do Genewy 20 grudnia. Balam sie, kiedy polozyla mi go na kolanach. Moje rece nie byly w stanie go trzymac i bylam tak zaklopotana, zawstydzona i cierpia­ca, ze nie bardzo zdawalam sobie sprawe z tego, co sie dzieje. Duzo spalam. Prawie nie przypominam sobie ladowania samolotu ani karetki, która zawiozla mnie do szpitala. Dopiero nastepnego dnia zrozumialam, gdzie jestem. Z tego nadzwyczajnego dnia zapamietalam glównie buzie Marouana i chmury. Zastanawialam sie, czym sa te zabawne, biale... to cos po drugiej stronie okna, a Jacqueline wytlumaczyla mi, ze bylysmy w niebie. Rozumialam, ze jedziemy do Szwajcarii, ale wtedy nic mi to nie mówilo. Myle slowa Szwajcaria i Zyd, bo wszystko, co znaj­duje sie poza moja wioska, to znaczy na pólnocy, jest krajem wrogim. Nie mam wiec zadnego wyobrazenia o swiecie, o innych krajach i ich róznych nazwach. Nie znam nawet mojego wlasnego kraju. Wzrastalam, rozumiejac tylko jedna rzecz: jest moje terytorium i resz­ta swiata. Wrogiego, jak mawial mój ojciec, i w dodatku jedza tam wieprzowine! Jechalam wiec mieszkac we wrogim kraju, ale pelna zaufania, bo byla tam moja pani . W szpitalu ludzie dookola mnie nie znali mojej historii. Jacaue­line i Edmond Kaiser niczego nie powiedzieli. Bylam jednym wielkim poparzeniem i tylko to interesowalo personel placówki. Zajeli sie mna juz nastepnego dnia, wzieto mnie na pierwsza, bar­dzo pilna operacje, która polegala na odklejeniu podbródka i podnie­sieniu mi glowy. Cialo bylo zywa rana - trzydziesci cztery kilo opa­rzen i kosci, prawie bez skóry. Za kazdym razem, kiedy widzialam wózek pielegniarki pelen lekarstw i czegos wiecej, plakalam juz na zapas. Chociaz dawano mi srodki przeciwbólowe, a pielegniarka byla bardzo delikatna. Obcinala martwa skóre, ostroznie, przytrzymujac ja pesetka. Podawala mi antybiotyki, smarowala mascia. To juz nie byl horror wymuszanych pryszniców, brutalnego zrywania gazy, co prze­zylam w szpitalu w moim kraju. Nastepnie spróbowano rozluznic mi ramiona, zebym mogla poruszac rekami. Poczatkowo wisialy po obu stronach ciala, zablokowane i sztywne niczym rece lalki. Zaczelam trzymac sie prosto, spacerowac po korytarzach, poslugi­wac sie rekami i odkrywac ten nowy dla mnie swiat, którego jezykiem nie potrafilam mówic. Poniewaz nie umialam ani pisac, ani czytac, nawet po arabsku, zamykalam sie w ostroznej ciszy, dopóki nie zare­jestrowalam w sobie kilku podstawowych slów. Moglam wiec porozumiewac sie tylko z Jacqueline i Hoda, które mówily po arabsku. Edmond Kaiser byl wspanialy. Podziwialam go, jak nigdy w zyciu nie podziwialam zadnego mezczyzny. To byl mój prawdziwy ojciec, teraz zdaje sobie z tego sprawe, ten, który zadecy­dowal o moim zyciu, który przyslal do mnie Jacqueline. Kiedy wyszlam z pokoju, zeby pójsc do sali niemowlat, gdzie przebywal Marouan, najbardziej zaskoczyla mnie swoboda dziew­czat. Towarzyszyly mi dwie pielegniarki. Byly umalowane, uczesane, krótko ubrane i rozmawialy z mezczyznami. Mówilam sobie: One rozmawiaja z mezczyznami, one umra! Bylam tak zszokowana, ze kiedy tylko moglam, powiedzialam o tym Jacqueline i Edmondowi Kaiserowi: - Popatrz na tamta dziewczyne, ona rozmawia z mezczyzna! Prze­ciez oni ja zabija. I reka zrobilam ruch, jakby przy obcinaniu glowy.   a.. Alez nie, oni sa w Szwajcarii, to nie to samo co u ciebie, nikt nie obetnie jej glowy, to jest calkiem normalne.   a.. Ale zobacz, widac jej nogi, to nie jest normalne, zeby bylo wi­dac nogi.   b.. Alez tak, to normalne, ona zalozyla bluze do pracy. - I oczy. Czy to bardzo niedobrze pomalowac sobie oczy? - Oczywiscie, ze nie, tutaj kobiety sie maluja, wychodza, maja pra­wo miec przyjaciela. Ale nie u ciebie. Tutaj nie jestes u siebie, jestes w Szwajcarii. Nie umialam sobie tego wyobrazic, nie miescilo mi sie to w glo­wie. Sadze, ze niezle wymeczylam Edmonda Kaisera, zadajac mu ciagle te same pytania. Kiedy zetknelam sie z tym zjawiskiem po raz pierwszy, powiedzialam sobie: Nie zobacze juz nigdy wiecej tej dziewczyny. Bo ona umrze . Jednak nastepnego dnia zobaczylam, ze nadal tu jest, i bardzo sie z tego cieszylam. Mówilam do siebie: Bogu dzieki, jest zywa. Jest ubrana w te sama biala bluze, widac jej nogi, wiec chyba maja racje, tutaj sie za to nie umiera . Wierzylam, ze we wszystkich krajach dzie­je sie tak samo jak u mnie. Wystarczy, ze dziewczyna tylko raz poroz­mawia z mezczyzna i ktos ja przy tym zobaczy - jest juz martwa. Szokowal mnie równiez sposób, w jaki te dziewczyny poruszaly sie. Byly zawsze usmiechniete, swobodne i chodzily jak mezczyzni... i widzialam bardzo duzo blondynek:   a.. Dlaczego one sa blondynkami? Dlaczego nie sa sniade tak jak ja? Bo tu jest mniej slonca? Kiedy zrobi sie cieplej, stana sie calkiem czarne i beda mialy krecone wlosy? Och! Ona zalozyla krótkie reka­wy. Popatrz, popatrz tam, dwie kobiety sie smieja! U nas kobiety ni­gdy sie razem nie smieja, kobieta nigdy nie wlozy krótkich rekawów...   b.. I one maja buty!   c.. Poczekaj, jeszcze nie widzialas wszystkiego! Pamietam ten dzien, kiedy po raz pierwszy moglam obejrzec miasto, sama z Edmondem Kaiserem. Jacqueline wyjechala juz na kolejna mi­sje. Zobaczylam kobiety siedzace w restauracji, palace papierosy, z golymi ramionami i piekna, biala skóra. Widzialam tylko blondyn­ki o bialej skórze, one mnie fascynowaly. Zastanawialam sie, skad one mogly pochodzic. U nas blondynki trafiaja sie tak rzadko, ze mez­czyzni bardzo je cenia, wiec myslalam sobie, iz z tego powodu kobiety te sa w niebezpieczenstwie. Edmond Kaiser udzielil mi wtedy pierwszej lekcji geografii.   a.. One urodzily sie biale, inne rodza sie z innym kolorem, w innych krajach. Ale tutaj, w Europie, sa takze czarnoskóre, biale, rude, z plamkami na twarzy...   b.. Z plamami jak ja?   c.. Nie, nie poparzone jak ty. Malenkimi plamkami z powodu slon­ca na ich bialej skórze! Przygladalam sie, przez caly czas szukalam kobiety takiej jak ja i powiedzialam do Edmonda Kaisera: Niech mi Bóg wybaczy, ale bardzo chcialabym spotkac jakas inna spalona kobiete, nigdy takiej nie widzialam. Dlaczego jestem jedyna spalona kobieta? Jeszcze do dzis zachowalam tamto uczucie, ze jestem jedyna na ziemi spalona kobieta. Gdybym byla ofiara wypadku, to nie byloby to samo. To by bylo przeznaczenie, a na przeznaczenie nie mozna nic poradzic. Noca snily mi sie koszmary, ciagle powracala twarz mojego szwa­gra. Czulam, ze kreci sie wokól mnie i slysze, jak mówi: Zaraz sie toba zajme... I bieglam z tym ogniem na sobie. Myslalam takze o tym podczas dnia, nagle, i ogarnialo mnie pragnienie, zeby umrzec, by wiecej nie cierpiec. Juz przez cale zycie bede sie czula spalona w innym sensie. Przez cale zycie bede musiala sie ukrywac, nosic dlugie rekawy, ja, która marzylam o krótkich rekawach jak u innych kobiet, nosic bluzki za­piete pod szyje, ja, która marzylam o dekoltach jak u innych kobiet. One maja taka wolnosc. Ja jestem wiezniem we wlasnej skórze, nawet jesli chodze wolna po ulicach w tym wolnym miescie. Tak wiec pewnego razu spytalam, bo mialam wielka na to ochote, czy bede mogla miec kiedys zloty, blyszczacy zab. Edmond Kaiser odpowiedzial mi z usmiechem: Nie, najpierw musisz sie leczyc, po­tem porozmawiamy o twoich zebach . U nas zloty zab jest czyms wspanialym. Wszystko, co sie blyszczy, jest wspaniale. Chyba musialam go zaskoczyc tym dziwacznym pyta­niem. Nie mialam nic wlasnego, ciagle lezalam, od czasu do czasu spa­cerowano ze mna miedzy kolejnymi zabiegami, calymi tygodniami nie moglam brac prysznicu. Nie bylo mowy, bym mogla w cos sie ubrac, zanim rany sie nie zabliznia, chodzilam w nocnej koszuli, pokryta opa­trunkami. Nie moglam czytac, bo nie potrafilam. Nie moglam rozma­wiac, bo pielegniarki mnie nie rozumialy. Przed wyjazdem Jacqueline zostawila im karteczki z arabskimi slowami zapisanymi fonetycznie i ich francuskimi znaczeniami. Jesc, spac, toaleta, boli, nie boli, wszystko to, co moglo sie przydac podczas leczenia. Kiedy juz wsta­lam, czesto stawalam w oknie. Patrzylam na miasto, na swiatla i góre nad miastem. To byl wspanialy widok. Patrzylam na ten spektakl z otwartymi ustami. Mialam ochote wyjsc i pójsc na spacer, nigdy cze­gos podobnego nie widzialam, to wszystko bylo takie piekne. Kazdego ranka chodzilam do Marouana. Musialam wyjsc z budyn­ku, zeby dostac sie na oddzial noworodków. Bylo mi zimno. Mialam na sobie tylko te szpitalna koszule, zapinana na plecach, szpitalny szlafrok, szpitalne buty oraz szpitalna szczoteczke do zebów. To byl mój caly stan posiadania. Wiec szlam bardzo szybko, z opuszczona glowa, jak u siebie. Pielegniarka mówila mi, bym poruszala sie deli­katniej, ale ja nie chcialam. Chcialam udawac dume tam, na zewnatrz, bo nadal zylam, choc ciagle jeszcze sie balam. Pielegniarki i lekarze nie mogli nic na to poradzic. Mialam wrazenie, ze jestem jedyna na swiecie spalona kobieta. Bylam ponizona, winna, nie moglam sie te­go pozbyc. Czasem, gdy juz lezalam w lózku, myslalam sobie, ze po­winnam byla umrzec, bo na to zaslugiwalam. Pamietam, ze kiedy Jacqueline zawiozla mnie ze szpitala na lotnisko, przed odlotem do Lozanny, mialam wtedy wrazenie, iz jestem workiem na smiecie. Mo­gla rzucic mnie w jakis kat i pozwolic mi zgnic. Ta mysl, wstyd, ze je­stem tym, kim jestem, wracala do mnie regularnie. Tak wiec zaczelam zapominac moje wczesniejsze zycie, chcialam byc kims innym w tym nowym kraju. Byc jak te wolne kobiety, zin­tegrowac sie, nauczyc sie tu zyc, i to jak najszybciej. Podczas dlugich lat pogrzebalam moje wspomnienia. Moja wioska, moja rodzina - nie powinno to juz istniec w mojej glowie. Ale byl Marouan i pielegniar­ki, które uczyly mnie, jak dawac mu butelke, przewijac, jak byc mat­ka przez kilka minut dziennie, na miare moich mozliwosci fizycz­nych. I niech mi mój syn wybaczy, ale robienie tego, czego ode mnie oczekiwano, bylo dla mnie bolesnym przezyciem. Nieswiadomie czu­lam sie winna, ze jestem jego matka. Kto móglby to zrozumiec? By­lam niezdolna do podjecia takiej odpowiedzialnosci, do wyobrazenia sobie jego przyszlosci ze mna i moimi poparzeniami. Jak mu powie­dziec, kiedys, ze jego ojciec byl lajdakiem? Jak sprawic, by sam nie czul sie winny temu, co mnie spotkalo i kim sie stalam? Okaleczonym cialem, przerazajacym widokiem. Ja sama juz nie potrafilam sobie wyobrazic, jaka bylam przedtem . Czy bylam ladna? Czy mialam gladka skóre? Kragle ramiona i uwodzicielskie piersi? Byly lustra i spojrzenia innych. W nich widzialam, ze jestem brzydka i godna po­gardy, zarówno wewnatrz, jak i zewnatrz. Worek na smiecie. Ciagle jeszcze cierpialam. Zajmowano sie moim cialem, przywracano mi si­ly fizyczne, ale w mojej glowie nie dzialo sie zbyt dobrze. Nie tylko dlatego, ze nie umialam tego wyrazic, ale slowo depresja bylo mi calkowicie nieznane. Poznalam je dopiero wiele lat pózniej. Mysla­lam jedynie, ze nie moge sie skarzyc, i w taki sposób pogrzebalam tak gleboko dwadziescia lat mego zycia, ze nawet teraz przywolywanie wspomnien jest dla mnie bardzo bolesne. Mysle, iz mój mózg nie mógl postapic inaczej, jezeli chcial przezyc. A potem, podczas dlugich miesiecy, nastepowaly przeszczepy. W sumie dwadziescia cztery operacje. Moje nogi nie byly spalone, wiec sluzyly jako dawca skóry. Pomiedzy kazda kolejna operacja trzeba bylo czekac na zabliznianie sie ciala. A potem nastepny zabieg. Az do czasu, gdy nie mialam juz wiecej skóry do dawania. Przeszczepiona skóra dlugo byla wrazliwa, potrzeba bylo wielu dzialan, by ja ujedrnic i nawilzyc. Nadal tego potrzebuje. Edmond Kaiser postanowil mnie ubrac. Zaprowadzil mnie do du­zego sklepu. Tak duzego i pelnego butów i ubran, ze nie wiedzialam, na co mam patrzec. Nie chcialam haftowanych bamboszy, jakie nosi sie w moim kraju. Pragnelam takze prawdziwych spodni, nie szero­kich pantalonów. Widzialam juz dziewczyny w takich spodniach, gdy jezdzilam z ojcem furgonetka na targ, by sprzedac warzywa i owoce. Nosily modne spodnie, bardzo rozszerzane dolem, nazywano je charlestonami . To byly zle dziewczyny, ja nie mialam prawa nosic takich spodni. Nie dostalam moich charlestonów . Edmond Kaiser kupil mi pa­re czarnych butów na niewielkim obcasie, normalne jeansy i bardzo ladny sweterek. Bylam rozczarowana. Czekalam na te nowe ubrania od dziewieciu miesiecy, marzylam o nich. Ale usmiechnelam sie i po­wiedzialam dziekuje. Nabralam zwyczaju usmiechania sie do ludzi bez przerwy, a ich to bardzo dziwilo. A takze to, ze ciagle mówie dziekuje. Usmiech byl moja odpowiedzia na ich uprzejmosc, ale rów­niez, przez dlugi czas, moja jedyna metoda porozumienia. Zeby pla­kac, chowalam sie... stare przyzwyczajenie. Usmiech byl znakiem in­nego zycia. Tutaj ludzie byli usmiechnieci, nawet mezczyzni. Bardzo chcialam sie usmiechac. A mówienie dziekuje bylo taka prosta spra­wa. Przedtem nikt nigdy nie powiedzial mi dziekuje. Ani ojciec, ani brat, ani nikt inny, kiedy pracowalam jak niewolnica. Bylam przy­zwyczajona do razów, nie do podziekowan. Uwazalam, ze dziekuje jest wyrazem grzecznosci i duzego sza­cunku. Sprawialo mi przyjemnosc wymawianie tego slowa, bo do mnie tez je mówiono. Dziekuje za opatrunek, za tabletke nasenna, za krem, zeby nie rozerwac sobie skóry, za posilek, a przede wszystkim za czekolade. Pozeralam cale tabliczki czekolady... To bylo takie pyszne, takie pocieszajace. Wiec powiedzialam dziekuje Edmondowi Kaiserowi za spodnie, buty i ladny sweterek. - Souad, tutaj jestes wolna kobieta, mozesz robic wszystko, na co masz ochote, ale radze ci ubierac sie prosto, nosic rzeczy, które do cie­bie pasuja i nie draznia ci skóry, postaraj sie nie rzucac zbytnio w oczy. Mial racje. W kraju, który przyjal mnie z taka dobrocia, nadal jesz­cze bylam mala pasterka z Cisjordanii, nieokrzesana, bez szkoly i bez rodziny, która marzyla o zlotym zebie! Opuscilam szpital i umieszczono mnie w osrodku pomocy spolecznej, prawie w rok po moim tutaj przybyciu. Kontynuowano przeszczepy. Wracalam do szpitala, zeby tam cier­piec. W mojej glowie nie zawsze dobrze sie dzialo, ale jakos to przezy­lam. Nie moglabym zadac wiecej. Uczylam sie francuskiego jak mo­glam, zwrotów, kawalków zdan, które powtarzalam jak papuga, cho­ciaz nie wiedzialam nawet, co to jest papuga! Jacqueline wytlumaczyla mi pózniej, ze wtedy, gdy przywiozla mnie do Europy, moje czeste pobyty w szpitalu nie pozwalaly zapi­sac mnie na regularne kursy jezykowe. Wazniejsze bylo ocalenie mojej skóry niz wyslanie mnie do szkoly. Zreszta wcale o tym nie myslalam. W mojej wiosce byly tylko dwie dziewczynki, które co rano wsiadaly do autobusu i jechaly do miasta do szkoly, wszyscy sie z nich wysmiewali. Ja sama tez z nich kpilam, przekonana, jak moje siostry, ze skoro chodza do szkoly, to nigdy nie znajda sobie meza! Moim najwiekszym, starannie ukrywanym wstydem bylo to, ze nie mam meza. Nadal pozostala we mnie mentalnosc mojej wioski, to by­lo bardzo silne. I wmawialam sobie, ze juz zaden mezczyzna mnie nie zechce. A dla kobiety z mojego kraju zycie bez mezczyzny jest naj­wieksza kara w zyciu. W domu, który przyjal mnie wraz z Marouanem, myslano, ze przy­zwyczaje sie do tej podwójnej kary: jestem brzydka i nie bedzie mnie pragnal zaden mezczyzna. Myslano takze, ze bede mogla zajac sie moim synem, ze bedzie mozliwe moje pójscie do pracy, abym mogla go wychowac. Jedynie Jacqueline zdala sobie sprawe, ze zupelnie nie jestem do tego zdolna. Najpierw dlatego, ze potrzebowalam lat na to, by ponownie stac sie istota ludzka i zaakceptowac siebie taka, jaka sie stalam. A dziecko mi w tym przeszkadzalo. Nastepnie dlatego, ze po­mimo moich dwudziestu lat, nadal bylam dzieckiem. Nie wiedzialam niczego o zyciu, o odpowiedzialnosci, o niezaleznosci. Wtedy wlasnie opuscilam Szwajcarie. Moje leczenie zostalo za­konczone, moglam wiec zamieszkac gdzie indziej. Jacqueline znala­zla rodzine zastepcza, gdzies na terenie Europy. Przybranych rodzi­ców, których bardzo pokochalam i nazywalam tata i mama, tak jak Marouan. To malzenstwo przyjmowalo wiele dzieci przysylanych tu przez Ziemie ludzi . Jedne zostawaly na dluzej, inne byly adoptowa­ne. Rodzina byla zawsze bardzo liczna. Trzeba bylo zajac sie naj­mlodszymi, wiec pomagalam, jak moglam. Pewnego dnia mama powiedziala mi, ze za duzo zajmuje sie Marouanem, a za malo inny­mi dziecmi. Ta uwaga mnie zdziwila, bo nie mialam wrazenia, ze po­swiecam sie mojemu synowi. Bylam na to za bardzo zagubiona. Jedy­nymi momentami samotnosci byly moje spacery wzdluz rzeki z Ma­rouanem w wózku. Odczuwalam potrzebe chodzenia, przebywania na zewnatrz. Nie wiem, dlaczego tak bardzo pragnelam spacerowac sa­motnie po wsi, moze to dawne przyzwyczajenie chodzenia ze stadem. Jak wtedy bralam ze soba wode i cos do jedzenia i pchalam wózek, idac szybko, wyprostowana i dumna. Mialam podwójna osobowosc: chodzilam szybko jak w moim kraju, a wyprostowana i dumna jak w Europie. Bardzo mocno sie staralam, by robic wszystko to, o czym mówila mama, to znaczy pracowalam wiecej, pomagajac jej leczyc dzieci. To bylo normalne, bylam przeciez najstarsza. Ale kiedy juz zamknelam sie w tym domu, zaczelam umierac z checi wyswobodzenia sie stad, pragnelam pójsc miedzy ludzi, rozmawiac, tanczyc, spotkac jakiegos mezczyzne, zeby sprawdzic, czy moge jeszcze byc kobieta. Potrzebna byla mi taka próba. Bylam szalona, ze mialam takie ma­rzenia, ale to bylo silniejsze ode mnie, chcialam spróbowac zyc na nowo. Marouan Marouan mial piec lat, kiedy podpisalam papiery, pozwalajace naszej rodzinie zastepczej na jego adopcje. Zrobilam pewne postepy w jezy­ku i chociaz nadal nie potrafilam ani czytac, ani pisac, wiedzialam, co robie. To nie bylo porzucenie. Moi nowi rodzice mieli wychowac ma­lego chlopca najlepiej, jak mozna. Stajac sie ich synem, mial szanse dostepu do prawdziwego wychowania, mógl nosic nazwisko, które calkowicie chronilo go przed moja przeszloscia. Bylam zupelnie nie­zdolna do zapewnienia mu nalezytej równowagi, opieki i normalnej szkoly. Teraz jeszcze, wiele lat pózniej, czuje sie winna, ze dokona­lam takiego wyboru. Jednak przez ten czas moglam na nowo odbu­dowac moje zycie, w co nie bardzo smialam uwierzyc, choc instynk­townie to przeczuwalam. Nie potrafie zbyt dobrze wytlumaczyc pew­nych rzeczy, nie wylewajac przy tym morza lez. Przez te wszystkie la­ta chcialam przekonac sama siebie, ze nie bede cierpiec z powodu te­go rozstania. Ale nie mozna zapomniec wlasnego dziecka, zwlaszcza takiego dziecka. Wiedzialam, ze jest szczesliwy, a on wiedzial, ze ja istnieje. W wieku pieciu lat nie mógl nie wiedziec, ze ma prawdziwa matke, poniewaz mieszkalismy razem u tej rodziny zastepczej. Nie wiem, jak mu wytlumaczono moje odejscie, ale rodzina przyjmowala duza licz­be dzieci z calego swiata i pamietam, ze w pewnym okresie bylo nas osiemnascioro przy stole. W wiekszosci dzieci chore i zagubione. Wszyscy nazywalismy zastepczych rodziców tata i mama . Ci wspaniali ludzie otrzymywali jakies pieniadze z Ziemi ludzi , srod­ki potrzebne na tymczasowe utrzymanie niektórych z tych dzieci, a kiedy odjezdzaly, zawsze to bylo bardzo bolesne. Widzialam, jak rzucaly sie na szyje taty i mamy i nie chcialy stad wyjezdzac. Ale ten dom byl jedynie przystankiem, miejscem, w którym mialy docho­dzic do zdrowia - wiekszosc z nich mieszkala u naszych zastepczych rodziców przed lub po koniecznej operacji, której nie mozna bylo przeprowadzic w ich rodzinnych krajach, a potem tam wracaly. Mia­ly wiec gdzies na swiecie swój wlasny kraj i wlasna rodzine. Te, któ­re nie mogly nigdzie wyjechac, jak Marouan i ja, byly adoptowane. Ja umarlam formalnie w Cisjordanii, a Marouan w ogóle w niej nie ist­nial. Oficjalnie narodzil sie tutaj, 20 grudnia, jak ja do nowego zycia. A jego rodzice byli takze moimi. Trzeba przyznac, ze ta sytuacja by­la troche dziwna i kiedy opuscilam ten goscinny dom, w którym mieszkalam z moim synem przez cztery lata, mialam wrazenie, ze je­stem raczej starsza siostra Marouana niz jego matka. Mialam dwa­dziescia cztery lata. Nie moglam dluzej pozostawac na ich utrzyma­niu. Powinnam zaczac pracowac, zdobyc niezaleznosc, stac sie w koncu dorosla. Gdybym nie zdecydowala sie na pozostawienie go w tamtym do­mu, sama nie moglabym go wychowac. Bylam matka depresyjna, przenosilabym na jego barki swoje wlasne cierpienia, nienawisc do mojej biologicznej rodziny. Musialabym mu opowiedziec rzeczy,o których tak bardzo chcialam zapomniec! Nie moglam, to bylo ponad moje sily. Nie mialam pieniedzy, bylam chora, bylam uchodzca i bylam skazana na falszywa tozsamosc przez reszte mojego zycia, bo pochodzilam z wioski, gdzie mezczyzni sa lajdakami i okrutnikami. I musialam wszystkiego sie nauczyc. Jedynym wyjsciem dla mnie by­lo rzucic sie glowa naprzód w ten nowy kraj, jego obyczaje i próbo­wac przezyc. A Marouan musial pozostac na uboczu mojej osobistej wojny. Mówilam sobie: teraz jestem tutaj, musze zintegrowac sie z tym krajem, nie mam innego wyboru . Nie chcialam, zeby ten kraj zasymilowal sie ze mna, to ja powinnam sie z nim zasymilowac, od­budowac sie od nowa. Mój syn dobrze mówil tutejszym jezykiem, mial europejskich rodziców, papiery, normalna przyszlosc, to wszystko, czego sama nigdy przedtem nie mialam. Wtedy tez nie mialam. Chcialam nauczyc sie zyc i pozwolic zyc takze jemu. Wiedzialam, ze bedzie mu dobrze w tej rodzinie, sama tam przeciez mieszkalam. Kiedy rozmawialismy o adopcji, pojawila sie mozliwosc zabrania go przez inna rodzine, ale Nie, nie chce innej rodziny! Marouan zostanie tutaj albo nigdzie. Mieszkalam razem z wami, wiem, jak bedzie tu wychowywany, nie chce, zeby umiesz­czono go w jakiejs innej rodzinie Tata dal mi slowo. Mialam dwadziescia cztery lata, ale mental­nie nie osiagnelam jeszcze pietnastu. Pozostawalam zablokowana w moim dziecinstwie przez zbyt wiele nieszczesc. Mój syn stanowil czesc tego zycia, o którym musialam zapomniec, by stworzyc sobie nowe. W tamtych czasach nie umialam sobie tak jasno tego wytluma­czyc, bylo wrecz przeciwnie. Posuwalam sie do przodu, dzien po dniu, niczym we mgle, instynktownie. Ale bylam pewna przynaj­mniej jednej rzeczy, mój syn mial prawo do bezpieczenstwa i nor­malnych rodziców. A ja nie bylam normalna matka. Nienawidzilam siebie, plakalam nad moimi oparzeniami, które mialy juz pozostac do konca zycia. Na samym poczatku, w szpitalu, myslalam, ze wszyscy ci wspaniali ludzie zwróca mi moja skóre i znowu bede wygladac jak przedtem. Kiedy dowiedzialam sie, ze moga mi zwrócic tylko zycie, ze pozostane w tej koszmarnej powloce do konca moich dni, zamknelam sie w sobie. Bylam niczym, brzydka, powinnam sie ukrywac, by nie krepowac innych. Wraz z uplywem lat, kiedy powoli zaczynalam poznawac smak zy­cia, chcialam zapomniec Marouana, przekonana, ze jemu i tak udalo sie bardziej niz mnie. Chodzil do szkoly, mial rodziców, braci, siostre i z pewnoscia byl szczesliwy. Ale pozostal, schowany w zakamarkach mojej glowy. Zamykalam oczy i juz tam byl. Bieglam po ulicy, byl tam, za mna, przede mna lub obok mnie, kiedy uciekalam, on mnie doganial. Ciagle widzialam ten obraz dziecka, które pielegniarka kladla mi na kolanach i którego nie moglam wziac w ramiona, poniewaz bieglam przez ogród, na mnie byl ogien, a moje dziecko plonelo razem ze mna. Dziecko, którego ojciec nie chcial, doskonale wiedzac, ze skazuje nas oboje na pewna smierc. I pomyslec, ze tak kochalam tego czlowieka i wiazalam z nim tyle nadziei! Balam sie, ze juz nie znajde innego. Z powodu moich blizn, mojej twarzy, mojego ciala i tego, czym sama bylam w srodku. I zawsze ta mysl, ze nie jestem nic warta, ten strach, ze sie nie podobam, widok odwracajacych sie ode mnie spojrzen. Zaczelam pracowac na pewnej farmie, a potem, dzieki tacie , dosta­lam prace w fabryce, która produkowala precyzyjne czesci. Praca by­la czysta i zarabialam calkiem niezle. Sprawdzalam mechaniczne urzadzenia na tasmociagu. Byl inny dzial w tej fabryce, ale tam trze­ba bylo sprawdzac te czesci na komputerze, a ja nie czulam sie do te­go zdolna. Odmawialam nauczenia sie pracy na tym stanowisku, twierdzac, ze wole pracowac na stojaco, przy tasmie, ze nie lubie sie­dziec. Pewnego dnia wezwala mnie szefowa:   a.. Souad? Prosze pójsc ze mna.   b.. Tak, prosze pani.   c.. Niech pani tu usiadzie, obok mnie, prosze trzymac te myszke, wszystko pani pokaze!   d.. Ale ja nigdy tego nie robilam, nie naucze sie. Wole tasmociag...   e.. A jesli pewnego dnia nie bedzie juz pracy przy tasmie? To co wtedy zrobimy? Zupelnie nic? Nie bedzie pracy dla Souad? Nie osmielilam sie powiedziec jej: nie. Nawet jesli sie balam. Za kazdym razem, kiedy mialam sie nauczyc czegos nowego, mialam wilgotne rece i drzace nogi. To byla calkowita panika, ale zaciskalam zeby. Musialam sie uczyc kazdego dnia, o kazdej godzinie, nie mia­lam zadnego bagazu wiedzy, niezdolna do czytania i pisania, jak wszyscy inni. Analfabetka, która nigdy sie niczego nie uczyla! Ale tak bardzo chcialam pracowac, ze ta kobieta postanowila w koncu wylac mi kubel zimnej wody na glowe. Tak wiec nauczylam sie manipulowac myszka i rozumiec ekran komputera. Po paru dniach juz mi jakos szlo. Wszyscy byli ze mnie za­dowoleni. Przez trzy lata pracy nigdy nie spóznilam sie nawet o minu­te, moje stanowisko zawsze bylo nieskazitelne - dokladnie sprzatalam je przed wyjsciem - zawsze bylam punktualna, przychodzilam przed innymi. Wytresowano mnie w dziecinstwie uderzeniami kija do in­tensywnej pracy i posluszenstwa, do punktualnosci i czystosci. To byla moja druga natura, jedyne, co mi pozostalo z poprzedniego zycia. Mó­wilam sobie: Nigdy nie wiadomo, moze jutro ktos bedzie tu chcial przyjsc, nie moge pozwolic, by zastal moje miejsce brudne... W pewnym sensie jestem maniaczka porzadku i czystosci. Kiedy bierze sie jakas rzecz, nalezy potem odlozyc ja na wlasciwe miejsce, codziennie trzeba brac prysznic, zeby myje sie trzy razy dziennie, na­tomiast wlosy dwa razy w tygodniu, bielizne zmienia sie codziennie... Wszedzie szukam czystosci, to dla mnie bardzo wazne, chociaz nie umiem tego wytlumaczyc. Lubie wybierac ubrania, ale w tym przypadku rozumiem dlaczego: bo nigdy przedtem nie mialam wyboru, bo bylo to zabronione. Na przyklad lubie czerwien, bo matka zawsze mówila: To twoja sukien­ka i masz ja nosic . Byla brzydka i szara, ale, chociaz jej nie lubilam, musialam ja zakladac. Dlatego lubie czerwien, zielen, niebieski, zól­ty, czarny, brazowy, wszystkie kolory, które byly zabronione. Jesli chodzi o fason, to nie mam wyboru. Golf, i bez wyciecia pod szyja, zapieta wysoko bluzka koszulowa, spodnie. I wlosy na uszach. Nie moge niczego pokazywac. Czasami chodzilam posiedziec na tarasie kawiarni, opatulona w swo­je ubrania, zarówno latem, jak zima, i przygladalam sie przechodza­cym ludziom. Kobietom w minispódniczkach lub z duzymi dekol­tami, z ramionami i nogami wystawionymi na spojrzenia mezczyzn. Wsród tych meskich spojrzen czatowalam na takie, które spoczeloby na mnie, ale takiego nie bylo, wiec wracalam do domu. Az pewnego dnia spostrzeglam przez okno mojego pokoju samochód i mezczyzne w srodku; widzialam jedynie jego rece i kolana. Zakochalam sie. To byl jedyny mezczyzna na calutkiej ziemi. Wi­dzialam tylko jego rece i nogi, z powodu tego samochodu, ale to mi wystarczylo. Nie zakochalam sie w nim dlatego, ze byl przystojny, mily, czuly, ze mnie nie bil lub ze czulam sie przy nim bezpieczna. Zakochalam sie, bo umial prowadzic samochód. Wystarczylo, ze parkowal go pod domem, a juz serce zaczynalo mi walic. Byc tutaj tylko po to, by pa­trzec, jak wsiada czy wysiada z samochodu, jak jedzie do pracy albo z niej wraca... i juz zaczynalam plakac! Rano drzalam ze strachu, ze nie wróci wieczorem. Zdalam sobie sprawe, ze teraz jest tak samo, jak za pierwszym ra­zem. Trzeba bylo, zeby ktos mnie zauwazyl, ze musze cos z tym zro­bic. Samochód i mezczyzna, który odjezdza lub przyjezdza pod moje okno, którego kocham, nie mówiac mu o tym, czatuje pelna niepokoju, ze samochód juz nigdy nie wróci. To bylo proste. W tamtych cza­sach nie zastanawialam sie nad tym, co bedzie dalej. Czasami próbo­walam siegnac do pamieci i zrozumiec przyczyne pewnych rzeczy, które wydarzyly sie w moim zyciu, ale szybko rezygnowalam; to by­lo dla mnie zbyt skomplikowane. Samochód Antonia byl czerwony. Tkwilam w oknie, dopóki nie zniknal mi z pola widzenia... Wtedy zamykalam okno. W koncu go spotkalam, rozmawialam z nim, wiedzialam, ze ma dziewczyne, która znalam, tak wiec czekalam. Najpierw zostalismy przyjaciólmi. Minelo co najmniej dwa i pól roku, moze trzy, zanim ta przyjazn przeksztalcila sie w cos innego. Ja bylam zakochana, ale on... nie wiedzialam, co o mnie mysli. Nie smialam go o to zapytac, ale staralam sie, jak moglam, zeby mnie pokochal i bym mogla go przy sobie zatrzymac. Chcialam mu wszystko oddac, sluzyc mu, roz­pieszczac, karmic, robic wszystko, zeby chcial byc ze mna! To byl jedyny sposób, jaki znalam. Nie znajdowalam innego. Bo niby jak moglabym go uwiesc? Moimi pieknymi oczami? Zgrabnymi nogami? Ladnym, gladkim dekoltem? Najpierw zamieszkalismy ze soba, bez slubu, i potrzebowalam sporo czasu, by poczuc sie w miare swobodnie. Zadnego swiatla, kie­dy sie rozbieralam, czasem swiece. Rano jak najszybciej zamykalam sie w lazience i pojawialam sie w zapietym od stóp do glów szlafro­ku. To wszystko trwalo bardzo dlugo. Nawet jeszcze dzisiaj mnie to krepuje. Wiem, ze one nie sa ladne, te moje blizny. Na poczatku wspólnego zycia przeprowadzilismy sie do kawalerki w miescie. Obydwoje pracowalismy. On zarabial na utrzymanie, ja takze. I czekalam, by poprosil mnie o reke, ale on o tym nie mówil. A ja marzylam o pierscionku, o ceremonii, dlatego postepowalam z Antoniem tak samo, jak moja matka z ojcem, robilam to samo, co wszystkie kobiety z mojej wioski robily dla swoich mezów. Specjal­nie dla niego wstawalam o piatej rano, by umyc mu stopy i wlosy. Ze­by podac mu czyste, starannie wyprasowane ubranie. Zeby patrzec, jak odjezdza do pracy, jeszcze raz pomachac mu reka i przeslac przez okno pocalunek... I czekalam na niego wieczorem, z przygotowanym posilkiem, do pólnocy, wpól do pierwszej, czasem nawet, jesli tak wypadlo, do pierwszej w nocy, by zjesc razem z nim. Chocbym byla nie wiem jak glodna, czekalam na niego tak, jak robily to kobiety z mojej wioski. Róznica polegala na tym, ze sama sobie wybralam tego mezczyzne, nikt mi go nie narzucil, no i ze go kochalam. Dla niego to musialo byc bardzo dziwne. Mezczyzna z Zachodu nie jest przyzwyczajony do czegos takiego. Na poczatku mówil mi: Super! Bardzo ci dziekuje, moge zaoszczedzic troche czasu i pozbawiasz mnie klopotu . Byl szczesliwy. Kiedy wracal wieczorem do domu, siadal w fote­lu, a ja zdejmowalam mu buty i skarpetki. Wkladalam mu kapcie. By­lam calkowicie do jego dyspozycji, zeby tylko zatrzymac go w domu. Kazdego dnia balam sie, ze spotka jakas inna kobiete. A kiedy wracal wieczorem i jadl posilek, który dla niego przygotowalam, by­lam spokojna i szczesliwa... az do nastepnego dnia. Ale Antonio nie chcial sie zenic i nie chcial miec dzieci. A ja bar­dzo tego chcialam. Nie byl jeszcze gotowy. Szanowalam jego zdanie, liczac, ze to sie zmieni. Czekalam siedem lat. Antonio wiedzial, ze mam dziecko, które zostalo adoptowane. Musialam opowiedziec mu najwazniejsze wydarzenia z mojego zycia, wytlumaczyc, skad mam te blizny po oparzeniach, ale kiedy wszystko zostalo raz powiedziane, wiecej nie wracalismy do tego tematu. Antonio uwazal, ze znalazlam dla mojego dziecka najlepsze rozwiazanie. Marouan nalezal do innej rodziny, nie moglam zbyt wiele powiedziec o jego zyciu. Dosyc regu­larnie otrzymywalam o nim wiadomosci, ale balam sie pojechac tam, zeby go zobaczyc. Przez te wszystkie lata bylam tam tylko trzy razy. Na czubkach palców. W koncu przyzwyczailam sie do tego dodatkowego poczucia winy. Tak bardzo staralam sie o wszystkim zapomniec, ze prawie mi sie udalo. Ale chcialam miec jeszcze chociaz jedno dziecko. Najpierw wyjsc za maz, to byla koniecznosc. Musialam poukladac sobie zycie wedlug ustalonej kolejnosci: maz, rodzina. Mialam trzydziesci lat w dniu tego wyczekiwanego slubu. Antonio byl gotowy, nasza sytuacja sie poprawila, moglismy zamienic kawalerke na mieszkanie. Teraz on takze chcial miec dziecko. To byl mój pierwszy slub, moja pierwsza suknia i pierwsze piekne buty. Dluga spódnica ze skóry, koszulowa bluzka ze skóry, zakiet ze skóry i eleganckie pantofle na obcasach. Wszystko bylo z bialej skóry. Skóra jest gietka, a takze drogo kosztuje. Lubie wrazenie, które wywoluje na mojej wlasnej skórze. W sklepach nigdy nie mo­glam przejsc obok skórzanych ubran, zeby ich nie dotknac, wziac w palce, sprawdzic ich elastycznosc. Nigdy nie rozumialam, dlaczego to robie, teraz juz wiem. To jest tak, jakbym zmieniala skóre. To tak­ze pewien rodzaj obrony, sposób na pokazanie innym ladnej skóry, nie mojej wlasnej. Tak jak usmiech, sposób na ofiarowanie komus szczescia, niekoniecznie mojego. Ten slub byl radoscia mojego zycia. Jedyna taka radoscia, jakiej przedtem zaznalam, bylo moje pierwsze spotkanie z ojcem Marouana. Ale juz o tym nie myslalam. To zdolalam wypedzic z mojej glowy. Kiedy zaszlam w ciaze, bylam w siódmym niebie. Laetitia byla naprawde upragnionym dzieckiem. Ciagle do niej mó­wilam, kiedy byla jeszcze w moim brzuchu, bylam dumna, ze moge go pokazac, nosilam obcisle, uwydatniajace ciaze ubrania. Chcialam, by wszyscy wiedzieli, ze spodziewam sie dziecka, zeby wszyscy widzieli mój pierscionek i obraczke. Cala moja postawa w tamtym czasie byla calkowita odwrotnoscia tego, co robilam podczas pierwszej ciazy, ale nawet nie zdawalam sobie z tego sprawy. Wtedy musialam sie ukry­wac, klamac i modlic sie o slub, blagac, zeby moje dziecko nie urodzi­lo sie z mojego brzucha, rzucajac dyshonor na cala moja rodzine. A tu­taj zylam, chodzilam po ulicach z tym nowym brzuchem i nowym dzieckiem. Sadzilam, ze wymaze cala przeszlosc moim obecnym szczesciem. Wierzylam w to, bo pragnelam tego ze wszystkich sil. W jakims zakatku mojej glowy ukryl sie malenki Marouan. Byc moze pewnego dnia bede zdolna stawic mu czolo, opowiedziec mu o wszystkim, ale jeszcze nie skonczylam sie odradzac. Laetitia pojawila sie niczym kwiat. Starczylo mi czasu, by powie­dziec lekarzowi:   a.. Mysle, ze musze pójsc do toalety...   b.. Alez nie, to dziecko sie rodzi... Malenki kwiatuszek, o czarnych wloskach i matowej cerze. Wy­slizgnela sie z mojego brzucha z niesamowita latwoscia. Dookola mnie rozlegly sie glosy: Przy pierwszym dziecku, to wspaniale, rzad­ko kto rodzi tak latwo... Karmilam ja piersia przez szesc i pól miesiaca, to bylo bardzo la­twe dziecko. Jadla wszystko, dobrze spala, zadnych problemów ze zdrowiem. Dwa lata pózniej chcialam miec nastepne dziecko. Chlopca lub dziewczynke, to nie bylo wazne. Ale tak bardzo go pragnelam, ze nie chcialo przyjsc. Doktor nam poradzil, zebysmy wyjechali na wakacje, Antonio i ja, i przestali o tym myslec. Ale wciaz czekalam i przy kolej­nym rozczarowaniu, raz w miesiacu, zalewalam sie lzami. Az do mo­mentu, kiedy nastepna mala dziewuszka zarysowala sie na horyzoncie. Szalelismy oboje z radosci, kiedy na swiecie pojawila sie Nadia. Laetitia byla jeszcze calkiem mala, gdy zapytala, glaszczac mnie po rece:   a.. Co to jest, mamusiu? Kuku? Co to?   b.. Tak, mama ma tu kuku, ale wytlumacze ci to, kiedy bedziesz wieksza. Wiecej o tym nie mówila. Powoli, krok o kroku, podnosilam przy niej wyzej rekawy, odslanialam sie coraz bardziej. Nie chcialam jej szokowac, nie chcialam wywolac w niej uczucia obrzydzenia, dlatego postepowalam powoli, ale konsekwentnie. Musiala miec okolo pieciu lat, kiedy dotknela mego ramienia:   a.. Co to jest, mamo?   b.. Mama byla spalona.   c.. A co cie spalilo?   d.. To ktos.   e.. Ktos? Jest bardzo niedobry!   f.. Tak, bardzo niedobry.   g.. Czy tata moze zrobic mu to samo, co on zrobil tobie?   h.. Nie, tata nie moze zrobic tego, co on zrobil mamie, poniewaz to jest bardzo daleko, w kraju, gdzie sie urodzilam, to zdarzylo sie bar­dzo dawno temu. Ale to wszystko wytlumacze ci, kiedy bedziesz jesz­cze wieksza.   i.. A czym on cie spalil?   j.. Wiesz, w tamtym kraju nie ma pralek, jak tutaj, wiec mama grza­la wode na pranie i rozpalala ogien...   k.. Jak rozpalalas ogien?   l.. Pamietasz, jak poszlismy z tata do lasu po drewno i rozpalilismy ogien, zeby usmazyc kielbaski? Mama robila to samo: mialam taki ka­cik, gdzie rozpalalam ogien, aby zagrzac wode. Robilam wtedy pranie i przyszedl pewien pan, wzial bardzo grozny produkt, taki, co wszyst­ko pali, moze nawet spalic caly dom, wylal ten produkt mamie na wlosy i podpalil to zapalka. To w taki sposób mama zostala spalona.   a.. On jest niedobry! Nienawidze go! Pojade tam, zeby go zabic!   b.. Nie mozesz tam pojechac, zeby go zabic, Laetitio. Moze dobry Bóg juz go pokaral. Bo mnie pokaral dostatecznie. Ale ja, ja jestem szczesliwa, bo mam tate i ciebie. I bardzo cie kocham.   c.. Mamo, dlaczego on to zrobil?   d.. Musialabym ci dlugo tlumaczyc... jestes jeszcze za mala.   e.. - Aleja chce teraz! - Nie, Laetitio. Powiedzialam, ze kiedys ci to wszystko wytluma­cze. Bo to sa bardzo powazne sprawy, trudne do wytlumaczenia i te­raz nie bedziesz mogla ich zrozumiec. To, co ci teraz mama powiedziala, powinno ci wystarczyc. Tego samego dnia, po wieczornym posilku, siedzialam w fotelu, a ona stala obok mnie. Glaskala mnie po wlosach i powoli zaczela podnosic mój sweter. Nie mialam watpliwosci, po co to robi, poczu­lam sie niedobrze. - Co ty robisz, Laetitio?   a.. Chcialabym zobaczyc twoje plecy. Postanowilam pozwolic jej na to.   a.. Och, mamo, twoja skóra nie jest gladka. Popatrz na moja, jaka jest gladka.   b.. Tak, twoja skóra jest gladka, bo to twoja prawdziwa skóra, a skó­ra mamy nie jest gladka, bo jest tam wielka blizna. Wlasnie dlatego powinnas bardzo uwazac na zapalki. Pamietaj, ze tylko tata, wylacznie tata moze ich uzywac, zeby zapalic sobie papierosa. Jesli bedziesz ich dotykac, mozesz spalic sie jak mama. Obiecujesz? Ogien napraw­de moze zabic.   c.. A ty sie boisz ognia, co, mamo? Nie moglam ukryc tego strachu, pojawial sie znienacka, przy naj­mniej spodziewanej okazji. A zapalki byly moja obsesja. Zreszta sa do tej pory. Laetitie zaczely przesladowac nocne koszmary, slyszalam, jak sie rzuca, krzyczala: Aj, aj! , ze wszystkich sil szarpala koldre. Pewne­go razu spadla nawet z lózka. Mialam nadzieje, ze z czasem wszystko sie uspokoi, ale któregos dnia powiedziala mi:   a.. Wiesz, mamo, noca przychodze, zeby zobaczyc, czy spisz.   b.. Ale dlaczego to robisz?   c.. Zebys nie umarla. Zaprowadzilam ja do mojego lekarza. Martwilam sie o nia, mialam do siebie pretensje, ze za duzo jej powiedzialam. Ale lekarz uwazal, ze dobrze zrobilam, mówiac jej prawde, ale teraz powinnam uwazac przy odpowiedziach na nastepne pytania. A potem przyszla kolej na Nadie. Mniej wiecej w tym samym wie­ku. Jednak ona zareagowala zupelnie inaczej. Nie dreczyly jej kosz­mary, nie bala sie o mnie, jednak nie czula sie dobrze. Widzialam, ze dusi wszystko w sobie.. Siedzialysmy obydwie i ona wzdychala.   a.. Dlaczego wzdychasz, kochanie?   b.. Nie wiem, tak sobie.   a.. Kiedy serce tak wzdycha, to znaczy, ze czegos mu brak. Chcia­labys cos powiedziec mamie, ale boisz sie to zrobic?   b.. Masz bardzo male uszy! Czy dlatego masz male uszy, bo jadlas za malo? - Nie, kochanie. Mama ma male uszy, bo byla spalona. Tlumaczylam Nadii wszystko w ten sam sposób. Chcialam, zeby moje córki slyszaly ode mnie to samo, te same slowa. Wiec uzywalam tego samego jezyka, mówilam Nadii te sama prawde. Zle to na nia wplynelo. Nadia nie powiedziala, jak jej siostra, ze chcialaby zabic tego, kto mi to zrobil, poprosila tylko, czy moze mnie dotknac. Mialam kolczyki, czesto je nosze, by ukryc to, co mi jeszcze pozostalo z uszu. - Mozesz dotknac. Tylko delikatnie, nie ciagnij za kolczyki, bo to boli. Musnela moje uszy i poszla do swojego pokoju, zamykajac za so­ba drzwi. Mysle, ze najtrudniej bylo im to wszystko zniesc, kiedy poszly do szkoly. Dorastaly, a Antonio nie zawsze mógl po nie pojechac. Domyslalam sie pytan innych dzieci. Dlaczego twoja mama taka jest? Dlaczego nawet latem zawsze nosi sweter? Co jest twojej mamie? Dla­czego ona nie ma uszu? Nastepny etap wyjasnien byl chyba najciezszy. Staralam sie Wszystko uproscic, nie mówilam o Marouanie. Klamalam. Spotkalam pana, w którym sie zakochalam, on takze mnie kochal, ale moi rodzice na to nie pozwolili. Zadecydowali, ze powinno sie mnie spalic, po­winnam umrzec. Taki byl obyczaj w moim kraju. Ale pani Jacqueline, ta, która czesto przyjezdza do nas z wizyta, zabrala mnie do Eu­ropy, abym tu wyzdrowiala. Laetitia zawsze byla gwaltowniejsza, Nadia cichsza. Laetitia miala dwanascie lat, kiedy oznajmila mi, ze chce tam pojechac i zabic ich wszystkich. To byly prawie te same slowa, które wypowiedzial jej oj­ciec, kiedy opowiedzialam mu moja historie i o narodzinach Marouana. Mam nadzieje, ze oni tam wszyscy zdechna za to, co ci zrobili! Teraz mnie z kolei zaczely dreczyc koszmary. Lezalam, spalam i matka przychodzila do mnie z blyszczacym nozem w reku. Wyma­chiwala nim mi nad glowa, mówiac: Zabije cie tym nozem! A nóz blyszczal niczym swiatlo... Moja matka objawiala sie bardzo realnie, naprawde tu byla, tuz nad moja glowa. I budzilam sie zlana potem, przerazona. Ten koszmar powracal bardzo czesto. Budzilam sie zawsze w chwi­li, kiedy nóz zaczynal blyszczec najjasniej. Najgorszy do zniesienia byl widok mojej matki. Przerazal mnie bardziej niz smierc, niz ogien. Chciala mnie zabic, zabijala swoje nowo narodzone dzieci, byla zdol­na do wszystkiego i to byla moja matka! Wyszlam z jej brzucha! Tak bardzo balam sie, ze fizycznie bede do niej podobna, iz znio­slam jeszcze jedna operacje, tym razem plastyczna. Jedna wiecej, jed­na mniej... Ta operacja oswobodzila mnie z podobienstwa fizycznego, którego widoku juz dluzej nie moglam zniesc w lustrze. Malenka wy­puklosc na czole miedzy brwiami, u nasady nosa, identyczna jak u niej. Juz jej nie mam, uwazam nawet, ze teraz jestem ladniejsza. A jednak koszmar nadal mnie przesladowal. I lekarz nie umial nic na to poradzic. Moze powinnam byla pójsc do psychiatry, ale taka mysl nigdy nie przyszla mi do glowy. Pewnego dnia udalam sie do uzdrowicielki, by porozmawiac z nia o moim przypadku. Dala mi maly nóz, zupelnie malenki, i powiedzia­la: Niech pani wlozy go pod poduszke, ostrze nalezy zamknac. Kosz­mary przestana pania dreczyc . Zrobilam, co przykazala, i terroryzujacy mnie we snie nóz juz ni­gdy nie powrócil. Niestety, ciagle mysle o mojej matce. Wszystko, czego brakuje Bardzo chcialam nauczyc sie pisac. Potrafie czytac, ale tylko druko­wane litery. Nie moge zrozumiec listu pisanego recznie, bo czytania nauczylam sie na gazetach. Ale zdarza mi sie czasem potknac na ja­kims slowie. Wtedy pytam o to moje córki. Edmond Kaiser i Jacqueline próbowali na poczatku dac mi jakies podstawowe wiadomosci. Zawsze chcialam sie uczyc jak wszyscy in­ni. Okolo dwudziestego czwartego roku zycia, kiedy zaczelam praco­wac, mialam mozliwosc uczeszczania na kurs przez trzy miesiace. Bylam bardzo zadowolona. Co prawda, bylo mi ciezko, poniewaz oplata za te zajecia przewyzszala moje zarobki, wiec Antonio powie­dzial: Nie szkodzi, przeciez moge ci pomóc . Odpowiedzialam: Nie. Chce sama placic za ten kurs . Chcialam osiagnac cos sama, za wlasne pieniadze. Skonczylam nauke po trzech miesiacach, ale to mi bardzo pomoglo. Nauczono mnie, jak dziecko uczeszczajace do przedszkola, trzymac w reku oló­wek i pisac swoje imie. Nie
 
Report do moderatora   Loguj się Loguj się  
  Administrator wyłączył możliwość wysyłania postów przez anonimowych użytkowników.
Idź do góry Odpowiedz
Polish Version by JoomlaPL.com Team
Powered by FireBoardPobierz nagłówki ostatnich postów.
Szkicowniki geodezyjne
Sklep firmowy Art-Geo PPHU
www.sklep.art-geo.pl
suknie ślubne
suknie ślubne
www.suknie-weselne.…
Darmowe filmy
Tylko darmowe filmy
www.4j.com.pl
apartamenty zakopane
Apartamenty w Zakopanym
www.visitzakopane.pl
hlupakem

www.hlupakem.owczar…